Zamieć, mleko i szaleństwo. Nasza Zamieć 2019 [ZDJĘCIA]
Opublikowane w czw., 31/01/2019 - 09:04
Znajdź swój sprzęt
Złudzenia pryskają jak bańka mydlana już na początku czwartego okrążenia, na które ruszyłem prawie bez zatrzymywania się – tylko uzupełniłem colę w bukłaku i przegryzłem banana. Jest pół godziny do północy, czyli nawet nie półmetek czasu, ale jedyne, na co mam siłę, to podchodzić noga za nogą. Już przestaję liczyć wyprzedzających mnie pod górę zawodników, którzy właśnie odpoczęli w bazie. Całe szczęście, że na zakosach doganiają mnie dwie dziewczyny cisnące swoje trzecie koło. Do samego szczytu trzymam się z nimi, a pogawędka pomaga przezwyciężyć monotonię podejścia.
Na wywianym wiatrem grzbiecie przez mgłę widać tylko płatki śniegu w snopie światła. Rzeczywista temperatura to kilka stopni na minusie, ale odczuwalny mróz jest z pewnością dwucyfrowy. Mimo grubych rękawic, nie pierwszy raz tej nocy tracę czucie w palcach rąk – ale to u mnie normalne. W schronisku załapuję się na parę zdjęć od wspaniałej Karoliny Krawczyk, bez której Zamieć nie byłaby Zamiecią. Nawet nie szkodzi, że wszystkie pewnie wyjdą z pełnym ryjem, bo właśnie żuję batona.
Miałem nadzieję na skorzystanie z przybytku, jednak wejście do głównej sali jest zamknięte. Na zewnątrz nie da się znaleźć osłoniętego od wiatru miejsca. Mam więc przymusową akcję na mrozie pt. „znajdź swój interes”. Byle nie pod wiatr...

Jest 2:30. Zbiegam nawrotką i czwarty raz rzucam się w dół gwizdopola. Duje jak nigdy przedtem, no może tylko jak w 2015. Wtedy też zamieć zawiewała ślady, ale teraz dodatkowo jest zupełne mleko. Zbiegam po swojemu, czyli szybko. W świetle czołówki tylko mgła i przelatujące płatki śniegu, widoczność może na trzy metry. Czasem tylko gdzieś się zjawia migająca lampka albo odblaskowa taśma. Po kilku minutach wywalam orła w śnieg nad krawędzią. Raczej bym nie chciał tam spaść. Chyba wyleciałem z trasy. Trzeba wrócić do góry, tylko nie wiem jak daleko.
Przypomina mi się mój tekst z jednej z poprzednich Zamieci... jak to szło? „Blizzard, whiteout and insanity”. Zamieć, mleko i szaleństwo... ale właśnie o to chodzi w tej zabawie.
We mgle dostrzegam, że razem ze mną w kosmos wylecieli Renata z Łukaszem – małżeństwo znane mi z sierpniowego Leśnika na Pilsku. Dziś też napieramy razem, oni wyprzedzają mnie pod górę, a ja ich na zbiegach. Podchodzę ze 20 metrów i zauważam pniaka z namalowanym znaczkiem zielonego szlaku. Kiedy ich wołam i sam ruszam w dół, z góry jak błyskawica przelatuje ktoś z czołówki. Jesteśmy w domu.
Znowu rzucam się w dół jak wariat. Jednak co nadrabiam na karkołomnym zbiegu, to tracę na wypłaszczeniu z hopkami. Łukasz i Renata mnie doganiają i stopniowo uciekają. Ten cały „zbieg” do mety to w ogóle jest jakieś człapanie w mące, przerywane tylko kilkoma stromymi i przyjemnymi odcinkami specjalnymi. Po zbiegnięciu poniżej chmur w dole widać światła Szczyrku. Na tej dolnej człapance, prawie trzykilometrowej, na szczęście doganiam moje dwie towarzyszki z podejścia, które wcześniej ode mnie opuściły schronisko. Nasz krok przypomina kaczy chód, ale przynajmniej jest wesoło.
Uciekam im na ostatnim stromym zbiegu. Pomiarową matę przekraczam o 3:46. 15h46 od startu. Nie znajdę nagle nadludzkiej siły, by w tych warunkach zmieścić dwie pętle poniżej czterech godzin każda. To nie jest „wiosenna” ubiegłoroczna Zamieć, na której pocisnąłem siedem kółek, i forma też nie ta. Warunki warunkami, ale najzwyczajniej brakuje mi mocy. Wydaje się, że na ostatnie, piąte okrążenie mam nieograniczoną ilość czasu. Czuję się jednak tak wypruty, że dużym wyzwaniem będzie samo ruszenie d*** z bazy.
Runda honorowa
Rosół. Makaron ze wszystkim. Pogadane ze współzawodnikami, którzy kończą, bo mają już dość mimo zapasu czasu. Pomidorówka. Cola. Herbata. Na przepak przebrać się w suche ciuchy, ogrzać się i jeszcze pogadać z innymi napieraczami. Banan, bakalie, ciastki, bo w końcu po to się biega, by żreć więcej ciastków. Jeszcze więcej coli. Tak schodzą dwie godziny.
W końcu trzeba się ruszyć. Bez rozkminiania, jak muł przed siebie – „zawsze iść, rozkaz który mam we krwi”. O 5:45 nad ranem piknięcie pomiarowej maty na wyjściu. Podchodzę spacerowym tempem, bo tylko na takie mam siłę. Na stromym trawersie gaszę czołówkę. Słońce długo nie może się określić, czy pokazać się między horyzontem a chmurami, aż w końcu podejmuje decyzję na nie. Na grzbiecie przed szczytem znowu chmury, wiatr i zamieć. W schronisku daję sobie kilkanaście minut odpoczynku.
Na zbiegowym gwizdopolu takie mleko, że biel śniegu zlewa się z bielą mgły. Wichura dalej urywa łeb. Ślady całkowicie zawiane. Zbiegam szybko, ale ostrożnie, by znowu nie wylecieć w kosmos. Cichnie dopiero na pierwszej krótkiej hopce.
Stromy zjazd na butach to już czysta przyjemność. Nawet wypłaszczenie wydaje się fajne, bo już czuć metę. Przywalone zmrożonym śniegiem świerki przybierają fantastyczne kształty dzwonnic, ptasich dziobów czy innych ufoludków. Z dogonioną poniżej ścianki Agą trzymamy się już razem do samej mety. Miło się nam gada, nie śpieszymy się, w końcu to już runda honorowa. Dla niej to czwarte kółko, po dwóch zrobiła sobie przerwę na spanie. Kiedy ostatni raz przekraczamy pomiarową matę, zegar pokazuje 10:14 rano.
W międzyczasie zjawia się moja polsko-belgijsko-holendersko-niemiecko-nowozelandzka ekipa. Najlepiej poszło Danielowi, który tak jak ja machnął pięć kółek. Pierwsze cztery sporo szybciej ode mnie, ale tak go wykończyły, że poszedł spać na kwaterę i dopiero rano wrócił na jeszcze jedno. Kiedy siedzimy w namiocie przy piwie, z brody wciąż zwisają mu sople. Chyba jesteśmy skazani na robienie tej samej ilości okrążeń, bo rok temu obaj mieliśmy po siedem. Świetnie poszło Marcie, która w swoim pierwszym biegu ultra, i w dodatku zimowym, na czterech pętlach pokonała 56 km i 3600 metrów w górę!
A moja wymęczona piątka? 70 km i 4500 m+ to tyle samo, co w 2015 i 2017. Taki plan minimum. 40. miejsce na 180 startujących nie przynosi wstydu. Jak wspominałem, z formą z jesieni, albo nawet z tą z poprzedniej edycji, spokojnie weszłaby szóstka, mimo najtrudniejszych w historii Zamieci warunków. Trochę niedosyt jest, ale szczytu formy nie da się trzymać cały rok. Ania i Michał z ekipą jak zawsze zapewnili niesamowitą atmosferę – dla niej tu wracam, tak jak i dla Was, wszyscy współnapieracze! Teraz czas na rozsądny trening, bo następne górskie wyzwania pewnie dopiero w czerwcu, a w kolejnych miesiącach czekają dwa najważniejsze cele.

Kamil Weinberg


