Ultramaraton Zielonka: „Dałem się pochłonąć puszczy”
Opublikowane w wt., 23/06/2015 - 09:05
Ultrasów poranne rozmowy
Ktoś na trasie opowiadał historię jednego za szaleńców, który założył się, że przygotuje się i ukończy Rzeźnika w dwa miesiące. Podobno ta sztuka mu się nawet udała, z tym że w trakcie zawodów zjadł karton żeli energetycznych. Ja też wdałem się w dyskusję o odżywianiu i piciu na trasie maratonów i ultramaratów.
Waldek opowiadał mi o swoim sposobie na nawadnianie: - Ja wychodzę z założenia tak: krótkie dystanse woda, maraton izo, a ultra cola. Wielu doświadczonych zawodników potwierdziło, że dla „ultrasów” jest to jedna z metod pokonania tego dystansu i dożywiania swojego organizmu. Czy to się sprawdziło? W przypadku Waldka z dużym prawdopodobieństwem tak. Na trasie dość długo trzymaliśmy się blisko, zmieniając się na prowadzeniu, czy też biegnąc razem. Ostatecznie na około 7 kilometrów przed metą Waldek mnie wyprzedził i wygrał w tej naszej małej rywalizacji.
W okolicach miejscowości Zielonki przebiegaliśmy przez bagienny obszar rozlewiska rzeczki Trojanki, przez którą po ładnym drewnianym mostku dostaliśmy się na obszar arboretum Uniwersytetu Przyrodniczego. Tam też był maleńki wodopój. Po uzupełnieniu płynów skierowaliśmy się znów lasami do Dąbrówki Kościelnej. W Dąbrówce, już na 40. kilometrze trasy znajdował się większy punkt odżywczy. Do kolejnego było 15 km, więc zabawiłem tu dłużej posilając się.
Trzeba przewidywać
Zawody na całej trasie były oznaczone według mnie solidnie, rzadziej na prostych odcinkach drogi, gęściej na rozwidleniach. Mimo to zdarzało się zawodnikom gubić trasę. Sam tego doświadczyłem na ok. 52 km. Po ostrym zbiegu do jeziora Leśne trasa skręcała pod kątem ostrym w lewo, podczas gdy ja podążając za kierunkiem zbiegu udałem się prosto leśną drogą. Na szczęście po kilkudziesięciu metrach zorientowałem się, że nie widzę nigdzie oznakowania trasy i zawróciłem. Jak widać chwila braku koncentracji, mogła powodować spore straty czasowe.
Na punkcie odżywczym na 54. kilometrze byłem bardzo zmęczony. Przez te kilkanaście kilometrów dostarczyłem organizmowi zbyt mało energii. Podpytywałem się o to innych obecnych na punkcie zawodników. Jarek odpowiedział mi: - Piętnaście kilometrów między punktami żywieniowymi to nie jest wcale dużo jak na ultra. Takie rzeczy musisz przewidywać i odpowiednio się doposażyć.
W tym miejscu był także kolejny przepak. Na kilku zawodnik czekały także dopingujące ich rodziny, gdyż do Głęboczka, o którym piszę spokojnie można było dojechać samochodem.
Przez chwilę, pomyślałem, że szkoda iż moich pociech tu nie ma, ale szybko przypomniałem sobie jak z dużym prawdopodobieństwem skończyło by się to spotkanie. Po chwili radości u najmłodszego członka rodziny usłyszałbym: - Tata apa, apa - potem - Tata biegnij! - i pozostałby mi wybór, pomiędzy awanturą z „młodym”, albo ukończenie biegu z nim na rękach.
Po Głęboczku czekał znów długi odcinek biegu przez las. Z racji tego, że zaczynała doskwierać mi samotność długodystansowca, odpaliłem sobie na telefonie muzykę.
Nie pomogłem, bo nie mogłem
Gdzieś w okolicach 62. kilometra trafiłem na przedostatni punkt regeneracyjny. Wolontariusze podpytywali się mnie ilu jeszcze zawodników jest za mną i czy mają przygotować owoce jeszcze dla nich. Po chwili zrozumiałem, dlaczego zależało im tak na mojej wiarygodnej informacji. Te dzielne chłopaki musieli ciąć arbuzy dla biegaczy, korzystając tylko z nożyczek do papieru, jakie wykorzystują dzieci w szkole podstawowej. Biedacy pytali się mnie jeszcze czy przypadkiem nie mam noża, na co mogłem tylko odpowiedzieć przecząco.
Przede mną był najtrudniejszy mentalnie odcinek. Ok. 10 km do ataku na najbardziej pofałdowany odcinek, dwóch podbiegów na Dziewiczą Górę Zarówno pierwszy jak i drugi podbieg nie pozwalały mi walczyć o czas. Przed zawodami założyłem sobie, że podstawą w moim debiucie będzie zejście poniżej 10 godzin na dystansie 75 km.
Ta góra przytłoczyła mnie zdecydowanie.
Snułem się na jej szczyt do momentu, gdy zobaczyłem na trasie tabliczkę z napisem 1 km. Szybkie spojrzenie na zegarek i ta ogromne wyczucie szansy i nadziei, że jednak się uda. Ostatni odcinek pokonałem według mnie bardzo szybko, mocno ryzykując na stromym, mocno usłanym korzeniami zbiegu. Plan udało mi się zrealizować, jak się okazało z 10 minutowym zapasem.
Po zawodach nawet nie musiałem się specjalnie nigdzie wybierać, by porozmawiać o biegu z organizatorami, gdyż to właśnie jeden z nich zaczepił mnie na mecie. Zmęczony, spocony siedząc na pniu zostałem zagadnięty przez Bartłomieja współorganizatora biegu, który szeroko uśmiechając się i siadając w rozłożonym opodal leżaku, podpytywał: - Jak tam podobała Ci się końcówka?

