Maraton Dębno – „Mekka polskiego maratonu”
Opublikowane w czw., 31/03/2016 - 09:15
W niedzielę po raz 43. pobiegniemy w Dębnie. Historia tamtejszego maratonu jest jeszcze dłuższa, bo liczy sobie okrągłe pół wieku! To najstarszy bieg na królewskim dystansie w Polsce.
W Dębnie, niewielkim, bo ledwie 14-tysięcznym mieście w woj. zachodniopolskim, pisze się...
… historia polskiego maratonu
Pierwsza edycja biegu rozegrana została w lipcu 1966 roku. Zmagania były częścią obchodów 1000-lecia Państwa Polskiego, a impreza nosiła nazwę Małego Maratonu „O Błękitną Wstęgę Granicy Pokoju”. Dystans wynosił 21,5 km a trasa prowadziła z Cedyni do Siekierek. Na starcie pojawiło się kilkunastu biegaczy - zwyciężył Zdzisław Bogusz z czasem 1:08.41.
Trzy lata później, w 1969 roku rozegrano pierwszy bieg na pełnym dystansie 42 km i 195 metrów. Impreza rozegrana została jako „6. Międzynarodowy Maraton i Mistrzostwa Polski, Cedynia - Siekierki”. Złoty medal wywalczył Zdzisław Bogusz z Warszawianki, który finiszował z czasem 2:22.09. Tuż za nim bieg ukończył Michał Wójcik ze Śląska Wrocław z wynikiem 2:22.58. Zwycięzca biegu okazał się Jurij Wielikorodnyj z ZSRR.
Kolejne mistrzostwa kraju wróciły do Dębna w 1971 roku. Złoty medal wywalczył Edward Stawiarz. Zawodnik Wawelu Kraków na mecie uzyskał czas 2:21:00. Drugi był wspomniany już Zdzisław Bogusz z wynikiem 2:22.04.
Stolicą Polskiego Maratonu Dębno zostało na dobre w latach 1973 – 1990, organizując 17 kolejnych mistrzostw kraju w maratonie mężczyzn. W tym czasie trasa biegu ulegała zmianom, ustalając się na 3 pętlach prowadzących z Dębna do Cychr, a dalej do Dargomyśla i z powrotem do Dębna.
Miasto zostało też gospodarzem Mistrzostw Polski kobiet (open). Po raz pierwszy najlepsze polskie maratonki przyjechały do Dębna w 1982 roku. Rywalizowały tam rokrocznie aż do 1990 roku. Złote medale zdobywały w Dębnie m.in. Anna Bełtowska-Król w 1982 roku z czasem 2:44:28, czy też Wanda Panfil w 1988 roku z wynikiem 2:32.23. Dodajmy, że po raz pierwsze Mistrzostwa Polski w kobiecym maratonie rozegrano dopiero w 1981 roku w Warszawie.
Biegały sławy
Co ciekawe, w latach 70. i 80. ubiegłego wieku na starcie w Dębnie pojawiało się wielu znanych zawodników. W roku 1973 roku bieg zwyciężył Joachim Truppel - mistrz NRD w maratonie z 1970 roku (zdobywał ten tytuł jeszcze 3 razy). W 1975 roku w Dębnie triumfował mistrz Europy w maratonie z 1969 roku i zwycięzca Maratonu Bostońskiego z 1970 roku - Rondla Hill. Brytyjczyk uzyskał czas 2:12.34. Był to wówczas jeden z najlepszych czasów na światowych listach.
Rok później całe podium zajęli zawodnicy z ZSRR. Zwyciężył Leonid Mosiejew z czasem 2:12.20. Rosjanin wkrótce zostanie mistrzem Europy w maratonie (Praga 1978). Ówczesną, jedenastą edycję ukończyło 98 osób.
– Maratony w Dębnie to zawsze było duże święto. Zmagania oglądało sporo ludzi. Chociaż nas czyli uczestników nie było wielu, to poziom był wysoki. Biegała tam też mocna grupa zawodników z Niemiec. Był też Brytyjczyk. Raz startował też mistrz Igrzysk Panamerykańskich, ale nie ukończył maratonu. Pamiętam, że biegacz z Kuby narzucił mocne tempo. Trochę z naszymi dałem się podpuścić i czas na pierwszej „piątce” mieliśmy 15:07. Później jednak, na którymś ze słupków, rywal zszedł z trasy. Zresztą wielu Polaków zrobiło to samo. Na mecie czasy też nie były rewelacyjne – wspomina Janusz Wąsowski, były maratończyk, uczestnik wielu maratonów w Dębnie, a dziś trener Yareda Shegumo. W 1973 roku nasz rozmówca wywalczył srebrny medal Mistrzostw Polski.
– Wspomnień z Dębna mam dużo. Była tam grupa ludzi bardzo oddanych maratonowi na czele ze ś.p inicjatorem biegu Henrykiem Witkowskim. Dobrze, że znaleźli się ludzie, którzy chcieli podtrzymać tę tradycję. Tam nawet ksiądz się modlił podczas mszy za maratończyków. Takie to były ciekawe czasy (śmiech) – ciągnie Janusz Wąsowski.
– Chociaż nie ma tam już mistrzostw Polski, to Dębno było i jest to mekką polskiego maratonu. Tam biegali wszyscy nasi najlepsi zawodnicy: Edward Łęgowski, Edward Stawiarz, Ryszard Marczak, Ryszard Kopijasz, Jerzy Kowol, Antoni Niemczak i Jerzy Skarżyński. Cała „szpica”. Nagród z tamtych czasów nie można nawet porównywać do tych dzisiejszych. Zwykle to były jakieś kryształy, nocne lampki czy tego typu rzeczy. Jak ktoś dostał buty do biegania, to było coś. Najbardziej cieszyły właśnie te buty, bo dostanie nowej, dobrej pary stanowiło problem. A kedyś po jakości sprzętu sportowego rozpoznawało się też klasę zawodnika. Nie było odżywek. Zbieraliśmy różne witaminy, a później trzeba było pożyczyć w mieście moździerz, by je rozgnieść. To była cała celebracja (śmiech). Na koniec dodawało się wody i mieliśmy napój na trasę – przywołuje wspomnienia Janusz Wąsowski.


