"Full wypas" Ambasadora na 1. PZU Półmaratonie Gdynia
Opublikowane w śr., 23/03/2016 - 10:41
Radek pilnuje tempa. Dopinguje, sprawdza naszą technikę biegu, czy się nie spinamy. Cały bieg pod opieka profesjonalnego trenera - ull wypas!
Biegliśmy na określone tempom określony przez Radka czas - 1h42' dla naszej, zawansowanej grupy. Pozostałe grupy - średnia i podstawowa - też biegły pod określony wynik ze swoimi opiekunami. Kto chciał szybciej, pobiegł wcześniej. Co ciekawe, zimno było tylko na początku - rękawiczki się nie przydały, przynajmniej mi, bo zimny wiatr był tylko miejscami. Starałem się też biec w grupie - zawsze ktoś osłaniał.
Biegło się komfortowo. Można było nawet porozmawiać. Cały czas wyprzedzaliśmy - to też było przyjemne. Inni, widząc nasza zwartą grupę prująca do przodu, chcieli się podłączyć, Ale gdy dowiadywali się na jaki czas biegniemy, szybko odpuszczali.
Początkowo - pod górę - nie było o dziwo trudno. Później zrobiło się nawet łatwiej, jakby z górki. Zgodnie z planem trasy pojawiły się izotoniki i woda. Ten pierwszy wyjątkowo słodki, ale był też w pakiecie startowym - kto chciał, mógł go sprawdzić, kto tego nie zrobił, był zaskoczony.
Nasza grupa na punktach nie zatrzymywała się. Byliśmy na to tempo przygotowani, Było zimno, nie chciało się tak pic. Mieliśmy zresztą świetne rozwiązanie taktyczne - Radek i dwie inne osoby brały butelki z wodą i w czasie biegu każdy, kto chciał, mógł się napić. W ten sposób nie traciliśmy ani sekundy na punktach.
Po 12. kilometrze, a w rzeczywistości po 14. kilometrze, podzieliliśmy naszą grupę - zgodnie z planem - na dwie: szybsza miała pobiec ile się da, a pozostali mieli utrzymać tempo na czas 1h42'. Ostatnie kilometry podbiegu świętojańska i cały bulwar w Gdyni prostej nasz.
Liczyłem na 1h38', ale na prostej już spadałem. Zegarek ma fajną funkcję, która jednak się
nie sprawdza szacunkowy czas ukończenia biegu. Mój - poniżej 1h39' - skończył 40 sekund wcześniej. Ale to dlatego, że nikt nie biegnie w linii prostej - według zegarka przebiegłem 21 km i 400m. Musze to uwzględnić przy kolejnej okazji.
Większość grupy dobiegła w zamierzonym czasie. Grupa szybsza... pobiegła jeszcze szybciej, Mi udało się przyspieszyć na ok. 6 kilometrze i nadrobić jakieś dwie i pół minuty. O dziwo - bez większego stresu. To zupełnie co innego gdy pada się na mecie walcząc o urwanie z wyniku jak najwięcej.
Dzięki temu, że każda grupa startowała o innej godzinie, nie wiedziałem kto może biec na jaki czas. Ścigałem się, razem się dopingowaliśmy. Potem okazywało się, że biegliśmy na zupełnie inne czasy. Wbiegając na mecie zegar pokazywał 1h48'. Nie wiedziałem kto mnie goni i kogo ja gonię. Na którym miejscu ukończę zmagania. Ciekawe doświadczenie.
Przez to novum nie byłem pewny swojego wyniku na tablicy. Nie wyświetlał się zresztą. Dopiero przyszedł sms-em.
Medal i recovery pack - kolejne novum - a w nim m.in. woda Nata Aqua, piwo Lech Free, baton recovery Etixx, Sandwih Wasa, Bakalie Bakal sport 40 g., jabłko... Można było jeszcze stanąć w kolejce po darmową gorąca kawę, ale wybrałem wycieczkę do depozytu. Tam utknąłem na jakieś 20 minut. Przynajmniej. Kolejka pojawiła się także przy punkcie grawerowania medali, ale...
Depozyt i kolejka do grawerowania medali to najczęściej krytykowane elementy imprezy. Depozyt zlokalizowano w namiocie, w którym nie zmieściły się wszystkie worki. A może inaczej - nie dało się ich poukładać numerami, stąd kolejka.
Przez lokalizację - na samym końcu skweru Kościuszki - lodowaty wiatr mroził niczym nieosłoniętych, spoconych ludzi. Mnie też przewiało, w poniedziałek było kiepsko ze zdrowiem, ale szybko przeszło. Na szczęście. Organizator powinien rozdawać folie nrc albo postawić większy namiot, czy choćby banery, które osłoniłyby biegaczy od wiatru - tak sobie myślę.
Kolejna dyskusja rozgorzała na temat osób zapisanych się na imprezę w połowie lutego - bez względu na planowany czas na mecie, ustawiano je w najwolniejszej grupie. To nie podobało się szczególnie tym, którzy biegają naprawdę szybko. Organizator zapewniał, że o tym informował, ale jak to często bywa ludzie z przyzwyczajenia nie zaglądnęli gdzie trzeba i nie zauważyli.
Kolejna ciekawostka - trasa niby była górska, a jednak wielu pobiło rekordy życiowe. Nawet mi by się to udało, gdybym przygotował się wcześniej.
Półmaraton naturalnie wygrała grupa Kenijczyków z Hillary Kiptum Maiyo Kimaiyo (1:02:42) na czele. Drugi na mecie zameldował się Gabriel Gerald Geay z Tanzanii, a trzeci Abel Kirui z Kenii - aktualny wicemistrz olimpijski i dwukrotny mistrz świata w maratonie. Niespodzianka.
Najszybszy z naszej grupy Piotr Pietrzak pobiegł sam. Na mecie uzyskał fantastyczny czas 1:18:21. Ja, na ponad cztery tysiące osób w wynikach uzyskałem 957 lokatę. Prawie jak numer startowy - 971. Czyli biegłem za szybko!
Podziękowania dla kibicujących znajomych i wolontariuszy. W przyszłym roku
też się pisze na start. Pozdrawiam moja grupę prowadzoną przez Radka Dudycza i pozostałe z "Aktywuj się w maratonie Gdańskim".
Krzysztof Kolatzek, Ambasador Festiwalu Biegów


