Damian Czykier: "Do Tokio zostaję przy płotkach, ale potem... pomyślę o 400 metrach"
Opublikowane w wt., 05/03/2019 - 20:11
7 medali, w tym 5 złotych, zdobyli polscy lekkoatleci na Halowych Mistrzostwach Europy w Glasgow. Bohaterami naszej ekipy byli, oczywiście, medaliści, dzięki którym Polska znów wygrała klasyfikację drużynową imprezy. Ale wśród bohaterów wymienia się także nazwisko zawodnika, który w Szkocji medalu nie zdobył.
To Damian Czykier, specjalista płotkarskiego sprintu. Nie zdołał awansować do finału biegu na 60 m ppł., ale w ostatnim dniu HME, w niedzielę, niespodziewanie wsparł osłabioną kontuzją Karola Zalewskiego sztafetę 4x400 metrów i o mały włos nie wywalczył z nią medalu, do ostatnich metrów walcząc o trzecie miejsce! Kibice oszaleli na punkcie Czykiera niemal tak, jak rok temu zwariowali na punkcie Jakuba Krzewiny, który w niesamowity sposób poprowadził polską sztafetę w Birmingham do złota Halowych MŚ i rekordu świata.
Po powrocie reprezentacji do kraju, gdy medaliści udali się na konferencję prasową i spotkanie z premierem, niespełna 27-letni białostocczanin, syn byłego piłkarza Jagiellonii Dariusza Czykiera i koszykarki Włókniarza Elżbiety Stankiewicz, skromnie siedział w kawiarence lotniskowego terminalu i jadł ciastko.

Damian Czykier: – Fajnie, że mój występ został tak pozytywnie odebrany. To rzeczywiście nie jest normalne, żeby „krótki płotkarz” biegał w „długiej sztafecie”. Nie ukrywam, że pobiegłem bardzo dobrze jak na moje przygotowanie (a raczej – jego brak) do dystansu 400 metrów. Naprawdę dałem z siebie wszystko!
Piotr Falkowski: Gdy zobaczyłem Cię w składzie polskiej sztafety, pomyślałem: „Przecież on umrze po 250, maksymalnie 300 metrach!”. Skąd Ty wziąłeś siły i wytrzymałość, żeby tak znakomicie pobiec 400 m i do samego końca walczyć o medal?
– Ja też nie wiem, skąd je wziąłem! Nawet jeszcze przed biegiem, gdy trener Lisowski zdecydował, że to jednak ja biegam, a nie Borkowski, zapytałem Mateusza, czy by jednak nie wziął na siebie tej odpowiedzialności…
– Chciałeś mu oddać miejsce w sztafecie?!
– Oczywiście, że nie chciałem, bo bardzo mi zależało na tym biegu! Wiedziałem jednak, że z punktu widzenia całej grupy jestem bardzo dużym ryzykiem. Mateusz Borkowski był w miarę pewniakiem, wiadomo było, że coś w swoim zasięgu nabiega „na bank”. On może (jako 800-metrowiec) wolniej się rozpędza, ale jednak całe 400 m miałby równe, bo jest wytrzymałościowcem. A ja… to była totalna loteria, bo ostatni raz odcinek dłuższy niż 100 metrów przebiegłem w sierpniu ubiegłego roku, na treningu przed Mistrzostwami Europy w Berlinie (śmiech). To był mój ostatni trening wytrzymałościowy.
A dodatkowo, nigdy w hali nie biegałem po wirażu. Tam jest bardzo ważna technika, której ja zupełnie nie znałem. Dlatego właśnie byłem ogromnym ryzykiem i zastanawiałem się, czy warto je podjąć. Ale Borkowski powiedział, że skoro trener tak zdecydował, to on nie ma nic przeciwko. Przybiliśmy więc „piątki” i ruszyłem z chłopakami na rozgrzewkę.
No, a sam bieg… byłem w szoku, że tak się układał. Po prostu biegłem, biegłem, biegłem… i nic! Jak pamiętałem z dawnych lat, kiedy coś tam na 400 pobiegłem, to po 200 metrach już przychodziła jakaś „bombka”, było bardzo ciężko. A w Glasgow… aż do momentu zejścia z ostatniego wirażu czułem, że idę, jeszcze idę! że ja to utrzymam, że dowiozę brązowy medal!

– To co się stało, dlaczego jednak nie utrzymałeś trzeciej pozycji?
– Niestety, nagle, już na ostatniej prostej, to się stało momentalnie… na którymś kroku, jakieś 20 metrów przed metą poczułem, że „dwójki” (mięśnie dwugłowe ud – red.) nie podołają i koniec, ścięło mnie totalnie. W ułamku sekundy zalało mięśnie kwasem tak, że… niemal stanąłem.
Pobiegłem te 400 metrów przede wszystkim na ambicji i adrenalinie. Przygotowanie do 400 metrów polega na bieganiu tempa, dużo płaskich odcinków, dłuższych rozbiegań, żeby przystosować organizm do zmęczenia na dystansie. A ja takiego treningu w ogóle nie prowadziłem, ponieważ w mojej konkurencji, sprincie, liczy się implozywność, eksplozja na płotkach, dynamika. Nie ma miejsca na wytrzymałość. Gdy w niedzielę Józef Lisowski zaproponował mi start w sztafecie, powiedziałem mu: „Trenerze, wytrzymałości nie robiłem, wiraży w hali nigdy nie biegałem, więc jedyne, co mogę zaproponować, to moje serce do walki.
– No i to serce rzeczywiście pokazałeś nieprawdopodobne!
– Taaak… wielkie jak pół Warszawy (śmiech). Naprawdę, nie wiem, skąd się wzięła ta siła na ponad 300 metrów!

