Całkowite zjednoczenie z przyrodą – Nasz Xtreme Challenge w Biedrusku [ZDJĘCIA]

 

Całkowite zjednoczenie z przyrodą – Nasz Xtreme Challenge w Biedrusku [ZDJĘCIA]


Opublikowane w wt., 04/10/2016 - 08:57

Biedrusko, 2 października, 10:00. Kilkanaścioro śmiałków z pierwszej fali stoi przed startową bramą. Mamy jeszcze chwilę do startu – zapowiada przez megafon organizator – więc mam dla was małą niespodziankę! Po czym... przestawia bramę o 90 stopni, a nas razem z nią. Zamiast ruszyć ścieżką, stajemy twarzą w twarz z zieloną ścianą gęstego lasu, pełnego nieprzebytych zarośli. Lekcję biologii czas zacząć.

Tu żyją ślimaki, więc musi być czysto

Tym miłym akcentem rozpoczął się Xtreme Challenge, nowy bieg przeprawowy na dawnych terenach poligonu w Biedrusku pod Poznaniem. Wpadamy jak stado dzików w chaszcze, nurkujemy pod konarami, drzemy przez pokrzywy. Dużo pokrzyw. Pierwsze zagłębienie z błotem. Trochę suchego gruntu i wpadamy pod most na rzeczce.

Wokół unosi się gęsty błotny aromat. Ktoś kombinuje i próbuje iść gzymsem, ale gromadnie zwracamy mu uwagę, więc skacze do wody. Fotografowie przy leśnej dróżce robią nam zdjęcia, ale to już koniec cywilizacji. Ciek wodny robi się coraz dzikszy. I coraz głębszy.

Na ogół jest powyżej kolan, ale co jakiś czas zapadamy się po klatę. Błotniste dno próbuje zjeść nasze buty. Doganiam Artura, znajomego z lipcowego Hunt Run w Bałtowie. Spotkałem go tu przypadkowo, nie umawialiśmy się na wspólny bieg, ale dziś już do końca będziemy napierać wspólnie. Razem z nami wodą brodzi jeszcze kilku chłopa.

Przez dłuższy czas idę na szpicy, biorąc na siebie wszystkie podwodne przeszkody. Pół biedy z tymi częściowo widocznymi. Z niektórymi całkowicie ukrytymi pod wodą zwalonymi drzewami moje nogi zaliczają bolesne spotkania. Co jakiś czas się o nie potykam, wpadając ryjem w błotnistą wodę. Tu są ślimaki – rzucam towarzyszom fachową uwagę – więc jest czysta woda! Czasem woda zmienia się w gęste błoto do pasa. Nie wiem dlaczego, ale ta zabawa sprawia mi przyjemność.

Czas pokonania tego kilometra to jakieś pół godziny. Docieramy do rozstaja tras 5+ i 10+ i skręcamy w prawo na dłuższą z nich. Krótki kawałek po skarpach i znów spadamy na dno wodnego cieku. Teraz jest już jednak więcej płytkiego błota i zwykłego chaszczowania. Czy już wspominałem, że głównym elementem flory są pokrzywy? A ja się wybrałem w krótkich gaciach...

Teren robi się coraz bardziej przebieżny, choć ilość pokrzyw się nie zmniejsza. Ciśniemy na przemian przez suchy las, gęste zarośla i błotne doły. Taśmy doskonale znaczą drogę. Właściwie nigdzie nie mieliśmy wątpliwych momentów. Wśród zawodników z późniejszych fal zdarzały się przypadki błądzenia, ale to już pewnie kiedy taśmy mogły być niechcący pozrywane przez biegaczy w ferworze walki.

Pełne zanurzenie

Długi kawał trasy prowadzi wzdłuż brzegu Warty. W górę i w dół po wysokiej skarpie, nadbrzeżnymi chaszczami, gęstym nadbrzeżnym lasem, w bród przez rowy. Reszta ekipy wyrwała do przodu, zostajemy we dwóch z Arturem, za nami też nikogo nie widać. Napieramy solidnym tempem, większość czasu biegnąc.

Nagle dostrzegamy z oddali rozwieszoną przez całą szerokość rzeki linę. To ta główna, zapowiadana przez organizatorów niespodzianka, zaznaczona na mapce biegu czerwoną gwiazdką. Prawdziwa tyrolka na stalowej linie, najdłuższa na polskich biegach przeszkodowych. Ale nie myślcie sobie, że to taka „leniwa” przeszkoda. Owszem, przejeżdża się na drugi brzeg będąc wygodnie zawieszonym w uprzęży, ale trzeba jeszcze wrócić. Wpław.

Tyrolce towarzyszy bufet z czekoladą, bananami, suszonymi morelami, tabletkami dekstrozy i ciepłą herbatą. Częstujemy się, wolontariusz ubiera nas w uprzęże, wpinamy się w bloczki. Jazda trwa na tyle długo, by się nią nacieszyć i podziwiać widok z góry na szybki nurt Warty – naszą drogę powrotną. W dole przez rzekę jest przeciągnięta druga lina – tym razem zwykła, asekuracyjna.

Start w małych, kilkunastoosobowych falach ma swoje wady i zalety. Zawodnicy z pierwszych fal musieli dłużej czekać na dekorację i niektórzy jej nie doczekali, a także zabrakło bezpośrednich pojedynków najszybszych biegaczy z obydwu dystansów. W takim terenie o małej przepustowości to rozwiązanie jest jednak moim zdaniem korzystniejsze – na tyrolce nie tworzyły się kolejki, a napierając przez bagna i chaszcze pojedynczo lub małymi grupkami wszyscy mogliśmy się poczuć jak odkrywcy.

Po odpięciu się i krótkiej instrukcji od wolontariusza ponownie wpinam się karabinkiem i bez namysłu wchodzę do wody. Od razu robi się głęboko. Woda nie wydaje się zimna, choć potem się dowiem, że miała tylko 14 stopni. Szybką żabą przepływam przez środek, nurt nieźle znosi, ale lina mnie utrzymuje. Kto nie umie pływać, musiałby z niej aktywnie korzystać. Artur płynie za mną. Do domu do Poznania wróci rowerem, więc zaliczy dziś pełny triathlon. Z łódki czujnym okiem przyglądają się nam ratownicy. Grunt łapię dopiero przy samym brzegu. Sam nie wiem, co było przyjemniejsze, tyrolka czy pływanie...


Polecamy również:


Podziel się:
kochambiegacnafestiwalu
kochambiegacwpolsce