B7D po UTMB? „Ułańska fantazja” Pawła Pakuły
Opublikowane w pt., 16/09/2016 - 19:14
Częściowe zmartwychwstanie i upragniony finisz
Długie, kilkukilometrowe podejście do Bacówki pod Wierchomlą. Idę cały ten odcinek nawet nie próbując podbiegać, choć czuję się już nieco lepiej. Nie jest to żadna nowość, bo tu zawsze szedłem, nawet w tych latach, kiedy byłem w dużo lepszej dyspozycji. Kilkukrotnie schodzę do potoku Szczawnik płynącego tuż przy drodze, klękam w nim, moczę co się tylko da, oprócz butów. Nawet zdejmuję koszulkę, nurzam w wodzie i zakładam ponownie na siebie. Cóż za ulga.
Wiem, że z czasu na mecie zadowolony nie będę, ale zastanawia mnie, dlaczego wyprzedziło mnie tak mało ludzi z najdłuższego dystansu. Spodziewałem się, być miniętym przez cały pociąg rządnych dobrych czasów i wysokich miejsc ultrasów. Tymczasem wyprzedził mnie ledwie jeden wagon. W pewnym momencie przebiega obok chłopak z krótszej trasy. – Od Piwnicznej wszyscy, których mijałem już idą – mówi. To by częściowo wyjaśniało, dlaczego niewielu mnie dogoniło, choć od dłuższego czasu głównie idę. Widać nie tylko ja jestem zagotowany.
Ostatni punkt odżywczy w Wierchomli położony na 88. kilometrze, jeszcze ze dwa kilometry spokojnego podejścia i można zacząć długi finisz. Na tym etapie zdążyłem się już ogarnąć i odżyć. Trudno tu mówić o powrocie do pełnej sprawności bo odcisk na pięcie nada dokucza i siły nie ma. Ponadto bolą mnie żebra od twardych bidonów z mojej kamizelki. Przekładam jeden z nich do tylnej komory, ten z bardziej obolałej strony i zaczynam truchtać. Tempo szału nie robi, ale przynajmniej biegnę. Nawet udaje mi się kogoś dogonić i wyprzedzić. Biegnie się znośnie z racji tego, że słońce czasem chowa się za chmurą a ponadto w lesie łatwo o cień. Zbliżam się do mety już znacznie szybciej. Pozdrawiają mnie mijani turyści. W końcu słuchać wrzawę z mety. Ostatni stromy zbieg przy siatce, bieg przez miasto zgodnie ze wskazaniami kierujących ruchem policjantów i jest krynicki deptak. Przekraczam linię mety z czasem 12:29:03 jako 49. zawodnik.
Odbieram medal, wodę; gratuluję koledze, który przybiegł blisko pół godziny szybciej i siadam pod barierkami wpatrzony przed siebie tępym wzrokiem umęczonego człowieka. Ogarnia mnie melancholia; zastanawiam się, czy jeszcze będę w stanie szybko biegać w Krynicy, czy może najlepsze lata mam już za sobą i pozostanie mi tylko cieszyć się z ukończenia. Dziś ciężko było i przygód było dużo, lecz ostatecznie jakoś do mety dobrnąłem. Wynik daleki od satysfakcjonującego, czas lepszy jedynie od debiutu z pierwszej edycji, ale przecież już przed startem wszystko to było do przewidzenia. No może z wyjątkiem problemów żołądkowych, padnięcia pod krzakiem i umoczenia ręki w kocich odchodach.
Cóż, jednak wynik, to nie wszystko. Organizacja była jak zwykle super a widoki gór o brzasku przepiękne. Ani razu się nie wyłożyłem, nic nie połamałem. Fajnie było znowu przyjechać na festiwal do Krynicy i ponownie pokonać tę trasę.
Paweł Pakuła

