Anna Maria Szetela trzecia w maratonie na biegunie. "Najtrudniejsze było... zebranie funduszy"
Opublikowane w czw., 05/05/2016 - 08:52
Taktyka?
Zaczęłam wolno, zostałam z tyłu, ale potem stopniowo mijałam kolejnych zawodników. Wolno, bo wolno, ale cały czas biegłam. Jeszcze zanim zrobiła się trudniejsza trasa, niektórzy już zaczęli chodzić, a ja biegłam. Zostawiłam siły na koniec, liczyłam, że na ostatnich kilometrach przyspieszę i w wielkim pędzie wpadnę na metę, ale się nie udało. Zwyciężczyni powiedziała mi potem, że nie spodziewała się, że mi tak dobrze pójdzie, jak widziała na początku, jak się wlokłam z tyłu. Żółw i zając.
Sprzęt się sprawdził?
Tak, w sklepie, jak się pochwaliłam jakie szaleństwo zamierzam popełnić, pracownicy dobrze mnie przygotowali, zamówili nawet specjalne artykuły. Nic nie zawiodło. Wszystko było ok.
W jakich butach pani pobiegła?
Zwykłych terenowych, bez kolców czy jakichś szczególnych wypustek. Pod koniec śnieg był taki, że ten goretex i tak nie pomagał, bo śnieg się dostawał do środka buta od góry, skarpety można było potem wytrzymać. Zwykłe buty zimowe, takie nie-biegowe, najlepiej sprawdzały się na ostatnim odcinku, gdy można było w zasadzie tylko człapać w głębokim śniegu, ale ja doczłapałam do końca w biegowych.
Ile kosztuje taka wyprawa?
Nawet nie sumowałam, po co się denerwować? Sam koszt od wylotu ze Spitsbergenu, startu i powrotu to około 12 tys. euro. Do tego dotarcie na tę wyspę oraz noclegi na niej, które też są kosmiczne, oraz koszty przebukowania biletów. Na szczęście nie był to wydatek jednorazowy, tylko rozłożony w czasie. Można za to kupić nowy samochód, ale ja przebiegłam maraton na biegunie północnym i nie żałuję. W zasadzie najbardziej ekstremalne w tym maratonie było zebranie funduszy.
Już pani zaczęła trenować czy nadal się regeneruje?
Jeszcze nie, choć ciągnie mnie do biegania, ale pamiętam słowa maratończyków i ultramaratończyków, którzy przestrzegali mnie przed zbyt szybkim wznowieniem treningów.
Trochę boję się, że jeżeli teraz nie wrócę do tego biegania, to potem mi się nie będzie chciało. Na pewno jednak wkrótce zacznę trenować, bo na początku czerwca wracam na maraton na Spitsbergenie. Tam to już będzie normalnie bieganie, a nie trucht jak na biegunie.
Bieganie po płaskim w maratonach ulicznych panią kręci, czy to banał?
Nie wiem, w góry szczególnie mnie nie ciągnie. Trochę podbiegów zrobiłam, na przykład w dolinie Kościeliskiej, ale jak ludzie mnie pytają, czy teraz będę startowała w ultramaratonach górskich, to stwierdzam, że to za dużo jak dla mnie na razie. Może kiedyś.
Ma pani jakieś rady dla biegaczy amatorów, na przykład dotyczące treningów bądź diety?
Co do żywienia to się nie ośmielę, bo to raczej ja korzystam z porad. Zresztą ja nie jestem jakąś zwolenniczką specjalistycznych diet. Z moich obserwacji biegowych, jak i rad specjalistów, sugeruję, żeby na długich dystansach zaczynać bieg powoli. Zresztą nie tylko w zawodach, ale również w ogóle zaczynać w ten sposób przygodę z bieganiem. Dobrym celem na początku jest wypracowanie takiej formy, żeby przebiec pół godziny bez przerwy. Można zacząć od cyklów minuta biegania - pięć minut chodzenia. Jak tak zaczynałam i się sprawdza.
Poleci pani jakąś fajną trasę w Krakowie i okolicach?
Bardzo lubię biegać nad Wisłą. Trasa z centrum Krakowa do Tyńca pozwala na zrobienie w obie strony około 30 kilometrów. Przyjemna trasa, choć jest z nią jeden problem. Gdy jest ładna pogoda, jest na niej dużo rowerów i trzeba uważać. Poza tym nie wiadomo nawet, jak się po niej poruszać. Czy biec lewą stroną jak na szosie, czy trzymać się prawej jak na chodnikach. Pytałam nawet policjantów, ale sami nie potrafili odpowiedzieć. Stwierdzili, że to jest nieuregulowane. Gdy się biegnie w zimnie, deszczu, czyli tak jak lubię, trasa jest bardzo przyjemna.
Rozmawiał DZ
fot. Tomasz Janecki, Archiwum prywatne biegaczki



